fbpx

19 listopada 2021

Wróć do karczmy

Opowiadanie cz. 1 – Cesarski Botanik

– Nie chcemy tu takich jak ty!

Benjamin podniósł głowę znad oprawionego w skórę notatnika i westchnął ciężko. Wspaniale, doprawdy fantastycznie. Dopiero co przekroczył bramy miasta, a przedstawiciel lokalnego klubu rynsztokowego już wypełznął mu na spotkanie. Nie miał nic przeciwko komitetom powitalnym, więcej, ktoś o jego statusie z pewnością zasługiwał na małą paradę z muzyką, czerwonym dywanem i dziecięcym chórem w tle, lecz zamiast tego dostał mu się obdartus, dla którego jedyną muzyką był pewnie dźwięk butelki tłuczonej co wieczór.

– Przepraszam? – odpowiedział, zbierając się na krztynę uprzejmości. Maniery przed uprzedzeniami, tak zawsze mówił ojciec, niech mu ziemia lekką będzie. – Musiał mnie pan z kimś pomylić.

Obdartus zacharczał w odpowiedzi, lecz nie sposób było stwierdzić czy to śmiech, czy po prostu zadławił się własnym językiem. Benjamin ponownie przekartkował notatnik w poszukiwaniu adresu. Nie miał czasu na pogawędki, podróż ze stolicy była wystarczająco długa, walizka ciężka, a on sam zmęczony. Najchętniej odbiegłby od bramy i zostawił za sobą zbliżającą się do niego woń, gdyby tylko wiedział w którą stronę biec.

– Chyba żem sobie raczej nie pomylił, eleganciaku. – Zaleciało tanim alkoholem, a obdartus zachwiał się i zrobił chwiejny krok w kierunku Benjamina. Gdzieś między jednym a drugim beknięciem złapał coś w rodzaju równowagi. – Słuchaj mnie tu teraz. Nie chcemy tu wypachnionych, wypucowanych chłopców ze stolicy na usługach, zaraza, Cesarstwa. Na przeszpiegi cię wysłali, co? Czy głosić, tę, no, dobrą nowinę, że teraz będzie lepiej? Będziesz nam mówił, że się o nas zatroszczycie, ale my nie chcemy tu takich jak ty. Tfu!

Brzydka, brudna mieszanina śliny i kto wie czego skropiła bruk. To już nie była zwykła wieśniacka nieuprzejmość, to był jawny afront, obok którego nawet jego ojciec nie przeszedłby obojętnie. Benjamin zatrzasnął notatnik przed twarzą obdartusa, wyprostował się i wygładził szykowną kamizelkę.

– Takich jak ja, to znaczy jakich? Wykąpanych? Ubranych? Preferujących pion, a nie poziom? Teraz ty posłuchaj mnie, dobry człowieku, bo moja cierpliwość też ma granice. Powiedz mi, gdzie znajdę zakład tutejszego rzeźnika, a będziemy mogli rozejść się we względnym pokoju – powiedział. – Rzeźnik? Nic nie świta? Tłusty Rzeźnik?

Obdartus skrzywił się, jakby zamiast prostego skądinąd pytania dostał policzek na twarz. W zasadzie pewnie na niego zasługiwał, ale nie o to teraz chodziło. Benjamin przewrócił oczami, zajrzał ponownie do notatnika i powoli wyartykułował.

– Szukam zakładu rzeźnika w Slickhaven i wierzę, że jestem we właściwym mieście. Gdzie jest Greasy Butcher?

Obdartus momentalnie ożywił się.

– A, no tak, tego to ja znam!

– Wspaniale! Wiesz, gdzie go znajdę?

– Jak se ładnie zachrumkasz, to on znajdzie ciebie – zaszydził. – Cesarska świnko, chrum, chrum.

– Jak śmiesz…

– Miasto jest jak teatr, nieprawdaż? – zza pleców odezwał się nowy głos. Szczupły, schludnie ubrany chłopak zrobił krok przed Benjamina i lekko odsunął głupkowato dumnego z siebie obdartusa. – Mnogość scen, przebrań, masek. Ktoś odgrywa rolę rzeźnika, ktoś inny lekarza, a ktoś dostał angaż jako lokalny przybłęda. Zapewniam cię jednak, że w swej nieuprzejmości jest całkowicie nieszkodliwy. Jego obecność… zapiera dech, to prawda, więc tym bardziej nie warto tracić go na polemikę. Sio, sio, panu już dziękujemy! – krzyknął i przegonił mężczyznę, który zaczął mamrotać coś o cesarskim spisku. Nieznajomy skłonił się lekko. – Do usług. Wygląda na to, że moją rolą było wybawienie cię z opresji. Wybacz ciekawość, ale twoją jest chyba bycie przybyszem, kimś nowym w mieście, panie…?

Benjamin odetchnął z ulgą. Oby Slickhaven miało w ofercie więcej dobrze wychowanych młodzieńców niż dziadów.