1 października 2023
Wróć do karczmyOpowiadanie 15 – Święto Plonów
– Nie, nie jestem pracoholikiem – stwierdził stanowczo Benjamin. – Po prostu lubię to, co robię. To ważna i pożyteczna praca.
Była w tym niezaprzeczalna logika. Niezaprzeczalna głównie dlatego, że w pracowni siedział jedynie on, mikroskop oraz sterta próbek, a żadne z nich nie śmiało burzyć światopoglądu botanika. Niektórzy nazwaliby kolejną tak spędzoną godzinę wolnego przedpołudnia szaleństwem, ale przecież Benjamin nie był szalony.
– Liczy się umiar i rozsądek – kontynuował do nieobecnej widowni, ignorując nawet narastające burczenie w brzuchu. – Skończę tylko katalogowanie tej części różopodobnych i zrobię sobie przerwę. Albo i nie! W końcu sam mogę decydować o swoich godzinach pracy. Co z tego, że pogoda dopisuje? Dzisiaj przerobię więcej próbek, a jutro będę miał mniej do zrobienia. Czy to nie wspaniałe?
Stuk, stuk. Do okna zapukał kruk, zupełnie jakby chciał, aby Benjamin popukał się w czoło. Botanik jedynie przewrócił oczami. Ech, kolejny. Dlaczego upodobały sobie akurat jego dom?
– Idź sobie, jestem zajęty. Sio! – rzucił w odpowiedzi, jednak ptaszysko nie ustawało. Stuk, stuk, na okrągło, aż Benjamin w końcu odkleił się od biurka, podszedł do okna, otworzył je… i usłyszał muzykę dobiegającą ze znajdującego się nieopodal miejskiego targu. Kruk zdążył czmychnąć na dach, po czym z szyderczym “kra!” odleciał w stronę gwaru. – Cóż takiego, któreś z cesarskich świąt? Nie, tutaj przecież nie obchodzono by ich tak hucznie, więc to pewnie coś lokalnego. Ale co?
Świeże powietrze, głód i opinia kruka zwyciężyły: nadszedł czas na przerwę.
Nawigowanie alejkami miasta wciąż było dla Benjamina małym wyzwaniem, ale tym razem wystarczyło iść za tłumem. Wydawało się, że wszyscy mieszkańcy, czy to starzy, czy młodzi, zmierzali dziś na targ, choć przecież nie był to typowy dzień handlowy. Nieśli koszyki pełne ziół, kobiety miały na głowach plecione wianki, a dzieci wymachiwały kolorowymi palmami zrobionymi z papieru i kwiatów. W przypadku chłopców przeradzało się to w udawaną szermierkę gdy tylko rodzice odwracali wzrok.
Wtedy doznał olśnienia. Dziś przecież Święto Plonów w Slickhaven! Chyba rzeczywiście powinien częściej wychodzić.
O Święcie Plonów usłyszał po raz pierwszy parę dni temu, gdy przesiadywał w Ostatnim Remedium. Była to popularna uroczystość obchodzona na zakończenie sezonu, podczas której mieszkańcy dziękowali za obfite zbiory. Co ciekawe, święto to zostało ustanowione na podwalinach innego wydarzenia powiązanego ze starą wiarą i czczeniem duchów natury, a chodzenie do lasu, o którym tyle słyszał, oraz dzisiejsze obchody, były w zasadzie powiązanymi tradycjami. Obecnie jednak, zamiast świętować bliżej natury, celebracje przekształciły się w miejską okazję, podczas której slickhaveńska społeczność dzieliła się swoimi osiągnięciami w dziedzinach rolnictwa i ogrodnictwa. Nie oddawano już czci naturze, a zamiast tego składano dary na rzecz władcy i arystokracji, zupełnie jakby ci mieli jakikolwiek wpływ na to, czy coś rosło czy nie.
Benjamin brał udział w wielu ogólnocesarskich wydarzeniach, myślał więc, że będzie przygotowany na atmosferę dalekiego od stolicy Slickhaven. Nie był. Gdy tylko wkroczył na plac, natychmiast ogarnęła go prawdziwa wrzawa, mnogość kolorów i zapachów atakujących go ze wszystkich stron, a dookoła niego tłumy ludzi przemieszczały się między udekorowanymi straganami i stoiskami pełnymi świeżych plonów. Były nawet sekcje tematyczne, więc niezależnie od tego, czy ktoś chciał kupić, sprzedać, zjeść placek czy zobaczyć największą dynię na świecie, Święto Plonów zapewniało wiele możliwości.
– Jak się bawić, to na całego – mruknął, chwytając za kostkę gruszki na wykałaczce, którą podstawiono mu pod nos, po czym wszedł prosto w tłum, dziękując w myślach za odziedziczony po ojcu wzrost. – Wspaniałości! Są kupcy, wystawcy, rolnicy, jest muzyka, brakuje jedynie błaznów… a nie, tych też tutaj przywiedli. No, gratuluję. Zaimponowaliście temu obywatelowi cesarstwa.
Na lewo, handlarze uśmiechali się szeroko i oferowali kawałki soczystych arbuzów do spróbowania. Na prawo, kwiaciarka zręcznie układała różnokolorowe tulipany, róże i lilie w piękne bukiety, które cieszyły oko i nos. Przechodząc dalej, Benjamin natknął się na stoisko pełne warzyw i owoców we wszystkich kolorach tęczy. Pomidory, papryki, marchewki i jabłka wyglądały kusząco, a rolnicy tłumaczyli, jaką drogę przebyli do owych plonów, opowiadając o trudach i radościach pracy w polu i w sadach.
W centrum placu targowego postawiono imponujący podest, który obecnie stał pusty, a także słup, który informował o ogólnym przebiegu Święta Plonów. Wystawy i strefy kulinarne były oczywistością, ale podczas obchodów organizowane były także różnorodne kulturalne wydarzenia, takie jak koncerty, występy lokalnych pieśniarzy, warsztaty artystyczne dla dzieci i inne atrakcje, które miały za zadanie przyciągnąć mieszkańców i przyjezdnych. Chętni mogli wziąć udział w konkursach z nagrodami sponsorowanymi przez zamorskich kupców, którzy pragnęli rozkręcić swój biznes w mieście. Na zakończenie zaplanowana była wielka parada plonów. Aby wziąć udział, należało przygotować wozy, konie, a opcjonalnie wózki bądź taczki, i dołączyć do przemarszu przez miasto na trasie od targu wprost pod bramy zamku.
Pomimo wielkiego tłumu, Benjaminowi udało się rozpoznać parę znajomych twarzy. Na targ przybył wąsaty karczmarz, który zamiast zarządzania tawerną prowadził dziś gromadkę dzieci; obarczona torbami pani Maria, którą odwiedzili niedawno wspólnie z Cooperem, a która jak zwykle ignorowała zalecenia doktora o nieprzemęczaniu się. Zjawił się nawet sam Grand Bishop, jak zwykle z kompletem złotych pierścieni na palcach i nieskazitelną szatą. Przy kramie z malinami mignęła mu chyba Salina, ale wystarczyła chwila nieuwagi a dziewczyny już nie było.
– Niemożliwe – powiedział zaskoczony, gdy jego oczom ukazało się stoisko z bardzo charakterystycznym tasakiem w ramach szyldu. – To on potrafi tak wyjść do ludzi, tak po prostu?
Greasy Butcher musiał albo bardzo lubić Święto Plonów, albo przegrał zakład, bo najwyraźniej odpowiadał za wyzwanie własnego autorstwa: jedzenie przeraźliwie pikantnych kiełbasek prosto z paleniska. Większość odpadała już po jednym kęsie, na co rzeźnik rechotał i wzywał kolejnego śmiałka. Wydawał się być zaskakująco serdeczny, przynajmniej w porównaniu z chłodną mrukowatością, z którą swego czasu przywitał Benjamina. Cóż, czego się dziś nie robi dla wypromowania swojego interesu.
Nad całym placem rozległ się wygrywany na trąbkach dźwięk slickhaveńskiej fanfary, a Benjamin przypomniał sobie plan obchodów ze słupa informacyjnego i natychmiast skierował się z powrotem w stronę podestu. Skoro na Święto Plonów przybywali wszyscy, nie mogło na nim przecież zabraknąć także samego władcy. Do tej pory Benjamin miał do czynienia z Bloody Monarchem jedynie podczas audiencji, na której ten wywarł na botaniku niewątpliwie dobre wrażenie. Pomimo wielu plotek na temat jego porywczej natury, Benjamin wciąż nie mógł wyobrazić sobie władcy Slickhaven jako tyrana. Czas oddzielić ziarno od plew, pomówienia od rzeczywistości i ocenić monarchę na podstawie jego dzisiejszego wystąpienia. Warto było dziś wyjść z domu, pomyślał, i to dokładnie wtedy kiedy to uczynił. Postanowił, że już nigdy nie będzie lekceważył kruczej mądrości, gdy ta zastuka do jego szyb.
Benjamin zajął miejsce pośród tłumu i czekał na zbliżający się powóz.