1 grudnia 2021
Wróć do karczmyOpowiadanie cz. 2 – Slickhaven wita!
Benjamin zmierzył chudzielca wzrokiem. Jeśli tamten obdartus reprezentował poziom ulicy, chłopak z pewnością należał do klasy średniej, lecz chyba nie mógł aspirować do statusu lokalnej elity, jeśli takowa w ogóle istniała. Miał delikatne rysy, musiał mieć na karku nieco mniej wiosen niż tych trzydzieści, których dorobił się Benjamin. Trzymał wiklinowy koszyk, a w nim, pomiędzy schludnie zwiniętymi skrawkami materiału i fiolkami dostrzec można było kilka grejpfrutów i cytryn. Nie były raczej towarem z importu, do portów Slickhaven wiodło kilka szlaków handlowych, ale chyba nie tak ekskluzywnych. Czyżby lokalna uprawa? Tutejsze owoce chyba rzeczywiście miały własne zdanie na temat tego, w jakim klimacie mogą dojrzewać.
– Benjamin. – Uścisnął bladą dłoń chłopaka. Ta dla odmiany nie była brudna czy usiana kurzajkami. – Benjamin Corvus, Cesarskie Stowarzyszenie Botaniczne, miło mi. Tak, dopiero co przyjechałem.
Oczy chłopaka rozbłysły.
– Ach! Współtowarzysz w poszukiwaniu wiedzy, jak wspaniale! Nazywam się Cooper Daugal, lub po prostu doktor Cooper, jak mawiają miejscowi. Jestem tutejszym uzdrowicielem, w zasadzie chyba jedynym, chyba że liczysz także szarlatanów sprzedających zawieszki do okien, które odganiają choroby – wyjaśnił i roześmiał się. – Szukasz zakładu rzeźnika, czy tak? Pozwól, że będę twoim przewodnikiem. To niedaleko, ale niektóre uliczki wiążą się z… niekorzystnymi czynnikami zewnętrznymi, jeśli wiesz co mam na myśli.
Benjamin podążył za doktorem w głąb Slickhaven, z miejsca postanawiając, że jeśli ktoś zapyta, bez wahania wskaże go jako pierwszą osobę poznaną w mieście. Trudno było o dobrego uzdrowiciela, szczególnie tak młodego.
Szare domy malowały obraz znacząco odmienny od tego, do czego był przyzwyczajony. W rodzinnej wiosce królowały drewniane chatki, ciasne ale własne, obowiązkowo z dużymi drzwiami symbolizującymi gościnność. W stolicy z kolei panowały wysokie, strzeliste budynki z wielkimi oknami, tym większymi im więcej do pokazania na arenie społecznej mieli ich mieszkańcy. Tutaj było inaczej. Budynki były przede wszystkim funkcjonalne i miały zapewniać jako taki dach nad głową. Zarówno drzwi, jak i okna były małe, co wystawiało mieszkańcom jasne świadectwo.
– Wciąż nie rozumiem – zastanowił się Benjamin, przecinając plac, na środku którego ustanowiono miejską studnię. – Posługujecie się tu językiem Cesarstwa, a jednak gdy zapytałem o rzeźnika, tamten jegomość wielce się oburzył. Mam wrażenie, że zaczął mnie słuchać dopiero gdy powiedziałem, że chodzi mi o Greasy Butchera.
– Mieszkańcy Slickhaven mają swoją dumę – odpowiedział Cooper. – Wielu z nich jest niezadowolonych, że stanowią teraz część Cesarstwa. Oczywiście od zmian ustrojowych minęło wiele lat, ale jeśli przed nastaniem nowych rządów chodziło się po mięso do „Greasy Butchera”, a nie „Tłustego Rzeźnika”, to niektórzy właśnie tak wolą to pamiętać, przekazując tradycję z pokolenia na pokolenie. Warto to wziąć pod uwagę, jeśli nie chcesz narobić sobie tu wrogów. – Wzruszył ramionami. – Nie jestem lingwistą, ale podejrzewam że przyzwyczajenie ma większą siłę, niż jakikolwiek dekret.
– Jak więc zwracać się do ciebie? „Medician” Cooper? A może wolisz „Physician” Daugal?
Cooper pokręcił głową.
– Magnolia pod każdym innym imieniem pachniałaby tak samo, nieprawdaż? W mojej profesji nie ma miejsca na takie uprzedzenia, a „doktor Cooper” w zupełności wystarczy. Ja sam również jestem cesarski, ale chyba zadomowiłem się tu na tyle, że traktują mnie jak swojego. Częściowo pewnie przez zasiedzenie, będzie niecały rok chyba. – Cooper zatrzymał się i wskazał na wielki, dekoracyjny tasak zawieszony nad ulicą. – Proszę, to tutaj. Ufam, że dalej sobie poradzisz?
– Tak, dzięki za pomoc. Bez ciebie wciąż pewnie dyskutowałbym z lokalnym elementem.
– Nie ma sprawy! – odparł wesoło Cooper i sięgnął do koszyka. Po chwili w rękach Benjamina wylądowała dorodna cytryna. – Prezent powitalny ode mnie i Slickhaven. Gdybyś mnie potrzebował, mieszkam naprzeciwko tamtej studni. A, i lepiej, żebym widywał cię w charakterze gościa, nie pacjenta!
Benjamin uśmiechnął się i pożegnał doktora. Prezent od Slickhaven… cóż, nie była to jego wieś, ani też stolica, ale chyba nie brakowało tu interesujących indywiduów. Też dobrze.
Ruszył w kierunku zakładu, ale zatrzymał się w pół kroku. Spojrzał na tasak i na moment ogarnęło go poczucie paranoi. Trochę się chybotał, ale łańcuchy chyba dobrze go trzymały.
Potrząsnął głową. Nie było się czego obawiać, ten cały Greasy Butcher z pewnością okaże się równie przyjazny.