fbpx

28 marca 2023

Wróć do karczmy

Opowiadanie cz. 10 – Malinowa wiadomość

Głos z chatki ponownie zapytał o wnuczka, jednak Benjamin nie planował się pod nikogo podszywać.

– Nie, nie, nazywam się Benjamin Corvus, Cesarskie… – zaczął, jednak uznał że tym razem tytulatura nie była musem. Rozmawiał z prostym człowiekiem, mającym już swoje lata, który pewnie na widok urzędników sięgał po widły. – Trudnię się badaniem roślin. Slickhaven ma wspaniałe okazy.

– Wspaniałe, powiadasz? Ohoho, w dzisiejszych czasach mało kto tak mówi o darach naszej matki natury! Cieszę się niezmiernie słysząc to – odpowiedział wesoło dziadek. – Ale po co chcesz je badać, wnuczku? Czy są chore?

– Mam nadzieję, że nie. Zauważyłem jedynie, że są wyjątkowo dorodne i wytrzymałe i szukam przyczyny. Czy miałby pan coś przeciwko, panie gospodarzu, gdybym obejrzał pański ogródek, zrobił notatki i zebrał próbki liści do zielnika? Do celów naukowych, ma się rozumieć.

Wiatr ponownie zawył, zanim jego rozmówca odpowiedział.

– Badaj śmiało, wnuczku! Przepraszam od razu, że nie wyjdę na zewnątrz. Trochę dziś chłodno, a lata już nie te, oj nie! Czuję w kościach, że gdyby raz mnie zawiało, to od razu bym się złożył. Stać, ledwo stoję – ze środka dobiegł stukot oraz stękanie – lagę taką mam za podpórkę, lagę zwykłą…

Benjamin zabrał się do pracy. Na pierwszy ogień poszły irysy, których szkic trafił do notatnika wraz ze szczegółowym opisem okazu. Łodyga spłaszczona, średnio dwadzieścia-kilka centymetrów, liście o szerokości jednego centymetra. Zewnętrzne działki okwiatu w kolorze jasnej lilii, odgięte, zwężone powyżej połowy. Innymi słowy, był to absolutnie przeciętny przedstawiciel swojego gatunku. Szkoda. Benjamin liczył, że zaobserwuje jakąś anomalię morfologiczną, która przedłużyła ich żywot aż do dziś, ale niczego nie znalazł. One po prostu uparcie rosły.

Następnie przyszła kolej na warzywniak. W notatniku pojawiły się zapiski o wielkich ogórkach, ciężkich ziemniakach, błyszczących pomidorach, a także złocistych zbożach, które rosły nieopodal chatki pod czujnym okiem kolejnego stracha na wróble. Wyglądał bardzo podobnie i chyba też dorabiał jako ptasi hotel. Niemal identycznie… nie, przecież sam by się nie przestawił. To musiał być jakiś inny.

Minął kwadrans, dwa, w końcu cała godzina, a z każdą kwiecistą notatką uśmiech Benjamina rozkwitał. Solidna praca! Miał materiału na ładnych kilka listów do Stowarzyszenia, a przecież to tylko jedno gospodarstwo. Ile więcej takich skarbnic było pod murami Slickhaven? Ile więcej okazów było do odkrycia w samym mieście?

– Jak tam, wnuczku, wszystko dobrze? – odezwał się dziadek. Hałas ze środka sugerował, że właśnie kończył gotować, a poza patelnią dało się też słyszeć coś w rodzaju karafki i napełniającego się glinianego kubka. – Wiesz już coś więcej?

– Jak na razie mam tylko więcej pytań. Myślałem, że po werbenie w cieniu i doniczkowej wetiwerze poza swoim klimatem nic mnie już nie zdziwi, ale takiego jałowca to dawno nie widziałem. Coś pięknego! – zachwycił się.

– Ohoho, a w lesie to dopiero wszystko rośnie, tam to jest pięknie! – zaśmiał się dziadek. – Ale to mało kto wie, bo do lasu już się nie chodzi, oj nie. Nie pamiętają! Władcy zapomnieli, to i ludzie zapomnieli.

Benjamin podniósł głowę znad grządki, a dziadek ciągnął dalej.

– Widzisz, wnuczku, dawniej to się chodziło do lasu. Mieszkańcy wiedzieli, jak żyć w zgodzie z naturą i jak korzystać z jej darów. A że mądrze korzystali, to i las się nimi opiekował, jak oni lasem. Ja też, jak młodszy byłem, to chodziłem – przyznał z utęsknieniem. – Potem starzy pomarli, młodzi woleli kupców z dalekich krajów, a o własne podwórko nie miał się już kto zatroszczyć. Każdy by tylko brał i brał, bo tu zwierzyny więcej trzeba, tu więcej drewna na chaty… smutno to, smutno.

– No, to jak zapomnieli, to może trzeba im przypomnieć? – zaproponował.

Niebo pociemniało, wiatr zawył niemiłosiernie, a Benjamin nie mógł pozbyć się wrażenia, że żale dziadka były czymś więcej, niż tylko starczym marudzeniem. Ten jednak zaśmiał się, zakasłał sucho, po czym znów zastukał swoją laską w podłogę.

– Ohoho, ja im przypomnę! Żniwa na Slickhaven już blisko, wnuczku, bardzo blisko. Kto się zapomniał, będzie żałował!

– Często mówisz sam do siebie? – do rozmowy włączył się nadchodzący głos. Salina, wyraźnie poirytowana, zmierzała w kierunku gospodarstwa. – Jestem w stanie zrozumieć, że mówisz dużo o roślinach, ale nie wiedziałam, że botanicy mówią też do roślin. Czy to tak poznajecie wszystkie ich sekrety?

Benjamin spojrzał na nią jak na wariatkę.

– Jakie sam do siebie? O czym ty mówisz?

Dziewczyna przewróciła oczami. – O tym, że miałeś iść do gospodarstwa Radomiła. Szukałam cię, nie znalazłam, pół wsi zeszłam pytając o eleganta w płaszczu tulącego się do selerów. Na szczęście twój gatunek jest tu raczej rzadkością.

– Ach, bo skręciłem w lewo, a miałem pójść w prawo? Trafiłem pod zły adres, rozumiem – zreflektował się Benjamin i pomachał notatnikiem. – Cóż, nic straconego, zrobiłem masę pomiarów, tutejszy gospodarz był bardzo pomocny.

– Jaki gospodarz?

– No, ten co tu mieszka? – Benjamin wskazał wymownie palcem. – W tym domu?

Teraz to Salina popatrzyła na niego jak na kompletnego świra.

– Posłuchaj mnie uważnie, panie botaniku. Nie wiem, z kim rozmawiałeś, ale w tym domu od dawna nikt nie mieszka. Ostatni właściciel zmarł ze starości jakoś na wiosnę. Sam wielebny biskup pochował go przy kościele.

Benjamin parsknął.

– Wyborny żart, doprawdy. Proszę wybaczyć koleżance, panie gospodarzu, ale ktoś chyba bardzo chce odciągnąć mnie od moich badań. A my sobie przecież tu spokojnie rozmawiamy, prawda? – zapytał i odczekał chwilę, lecz nikt mu nie odpowiedział. Salina uniosła brwi. – Halo, panie gospodarzu? No nie, jesteście w zmowie? Jako naukowiec, nie, jako dżentelmen upraszam, proszę dać mi wyjść z tego z twarzą!

Wiejący wiatr był jedyną odpowiedzią, zimną i bezkompromisową.

–  Panie botaniku… – zaczęła Salina, rozglądając się po okolicy. – Benjamin, powinniśmy stąd iść. Coś tu jest nie tak.

– Nie, teraz to kwestia wartości mojego słowa. Panie gospodarzu, czy wszystko w porządku? – zapytał Benjamin, a gdy nie doczekał się odpowiedzi, skierował się w stronę drzwi. – A co, jeśli zasłabł? Proszę pana, proszę o wybaczenie, ale wchodzimy do środka!

– Co, jakie “my”? –  zaprotestowała Salina, lecz poszła za nim. – Czy ciebie do reszty…

Benjamin pociągnął za drzwi, na szczęście nie były zaryglowane. Wszedł do środka i zgodnie z oczekiwaniami trafił do pojedynczej izby stanowiącej sypialnię, kuchnię i pokój dzienny w jednym, jednak w miejscu prężnie działającego gospodarstwa domowego zastał coś, czego zupełnie się nie spodziewał. Co gorsza, zupełnie tego nie rozumiał.

Chatka była pusta.

Pomieszczenie miało jedne drzwi oraz kilka okien, szczelnie zamkniętych, oraz żadnych śladów ewentualnej piwnicy. Patelnia była zimna, dawno nieużywana, podobnie jak opróżnione palenisko, a karafka i kubek stojące na parapecie zbierały jedynie kurz. Półki świeciły pustkami, rama łóżka pozbawiona była nakrycia, a po gospodarzu nie było ani śladu.

Uwagę Benjamina i Saliny przyciągnął stół. Na środku stał słoik wypełniony po brzegi świeżymi malinami, a po jego zewnętrznych ściankach ściekał gęsty, czerwoniutki sok. Obok słoika leżał też dobrze naostrzony sierp. Gdy Benjamin nachylił się, ujrzał że ktoś musiał wykorzystać sok do bazgrania po dębowej desce stołu. Koślawe litery układały się w napis.

ŻNIWA JUŻ BLISKO…