fbpx

20 maja 2023

Wróć do karczmy

Opowiadanie cz. 11 – Doktor na zawołanie

Od botaniki do medycyny nie było wcale tak daleko. Ba, można by rzec, że współczesna praktyka lekarska czerpała garściami od swojej starszej siostry. Kowal nieopatrznie oparł się o piec? Kuracja aloesem. Dziecko zjadło coś wbrew zakazowi i teraz jego żołądkiem targa demon? Rumianek na ból brzucha. Matka, która lamentuje nad swoim mężem-fajtłapą i nieposłusznym synem? Tutaj pomoże tylko spokój, najlepiej w płynie, a więc napar z melisy. Zaiste, rośliny rozwiązywały wiele problemów, oczywiście jeśli znało się ich właściwości.

Nic więc dziwnego, że w dzisiejszym obchodzie brali udział tak lekarz, jak i botanik.

– Nie twierdzę, że nie doświadczyłeś tego, co opisujesz – powiedział Cooper, gdy zostawili dom kowala za sobą. – Mówię jedynie, że z medycznego punktu widzenia to nieprawdopodobne, jeśli, jak twierdzisz, nie spożyłeś żadnych podejrzanych substancji.

Benjamin pokręcił głową.

– No, akurat ten dział to uprawiam jedynie teoretycznie. Niemniej jednak, wciąż nie mam dobrego wytłumaczenia. Nie śniłem na jawie, nie były to też chyba żadne omamy, a wszystko słyszałem tak jasno i klarownie jak to, że rozmawiam teraz z tobą. To było zbyt złożone, zbyt bogate w szczegóły, których sam nie mógłbym sobie wymyślić. Dowiedziałem się zupełnie nowych rzeczy. Skąd niby w mojej głowie pojawiłyby się opowieści o tym całym zapomnianym zwyczaju chodzenia do lasu?

– Hmm. Jak zapewne pamiętasz, poza swoją profesją jestem wielkim miłośnikiem sztuk artystycznych. Teatr, maski, odgrywanie ról. Być może stałeś się nieświadomym bohaterem czyjejś komedii? Ktoś był w chatce tego denata, zabawił się twoim kosztem, ale zdążył umknąć gdy wkroczyłeś na scenę?

– Nie wiem. Może. Tylko dlaczego ktoś miałby zadawać sobie tyle trudu? Dlaczego miałoby trafić właśnie na mnie?

Cooper zamyślił się, lecz chwilowo nie miał żadnej recepty na jego troski.

Minął tydzień od wyprawy, która miała stać się ambitnym krokiem naprzód w badaniach Benjamina, a która okazała się doświadczeniem co najmniej niepokojącym. “Żniwa już blisko”, tak głosił napis. Nie miał najmniejszego sensu, bo nawet w miejscu tak przedziwnym jak Slickhaven nie organizowało się żniw późną jesienią. Rozmawiał na ten temat z Saliną dosłownie wczoraj, okazało się bowiem, że oboje wyznawali tę samą porę kolacji, jednak ta stwierdziła jedynie, że gospodarstwo jest na skraju lasu, a Ciernista Puszcza rządzi się własnymi prawami. Wspomniała o tamtejszych dzikich plemionach, lecz to prowadziło do kolejnych pytań bez odpowiedzi.

Właśnie dlatego zgodził się pomóc Cooperowi w wizytacji pacjentów. Zmiana otoczenia często przynosiła świeżą perspektywę, i o ile uwielbiał swoje wciąż niedoskonałe laboratorium, ostatnie dni spędził za biurkiem kompletując pierwszy raport z badań dla Stowarzyszenia. Uznał, że spacer dobrze mu zrobi, a że towarzystwo lokalnego medyka pozwalało mu legalnie wkraczać do domów mieszkańców i oglądać, co hodowali, nie mógł przepuścić takiej okazji.

– Pani Mario, a przecież było mówione – powiedział uprzejmie Cooper do wdowy w średnim wieku. – Takie odciski znikają, ale po pierwsze trzeba co dzień smarowidłem je traktować, a po drugie trzeba zrobić sobie przerwę od pracy. A ja na podwórzu widziałem jeszcze więcej drewna porąbanego niż ostatnio, a chyba nie powie mi pani, że samo się tak oporządziło?

– A, bo to takie śmierdzące mi pan doktor dał, nie podobało mi się – skrzywiła się kobieta, niechętnie wyciągając opuchniętą dłoń. – Ja to wciąż młoda jestem, niech się panu doktorowi nie wydaje, zima za pasem, więc robić trzeba. Nawet więcej tego drewna bym mogła porąbać, no ale przecież nie wypada. Ale mogłabym!

– Dobrze, dobrze, to może ja nałożę inną maść. Lepszą. Benjaminie, pomożesz?

– Hm? Co? – Benjamin odwrócił się, szybko chowając za plecami przecinak i łodygę niejakiej wełnianki delikatnej, występującej w klimatach chłodnych oraz, co stawało się ostatnio regułą, w Slickhaven. Na szczęście roślinka stojąca na kominku była na tyle rozłożysta, że jedna łodyga w tę czy w tamtą nie robiła różnicy.

Cooper rzucił mu wymowne spojrzenie i pomachał zrolowanym bandażem, a Benjamin od razu wkroczył do akcji. Po kilku wizytach mieli to już całkiem nieźle przećwiczone: podczas gdy doktor ciął czy zmieniał opatrunki, Benjamin upewniał się, że pacjenci mieli zajęcie. Cóż, taka branża. Rośliny przynajmniej się nie wymądrzały podczas zabiegów.

– Czemu to nie wypada więcej rąbać, pani Mario? – zapytał, odwracając uwagę kobiety. – Przecież las tu macie wielki.

– A temu, bo wtedy by się leśne duchy na mnie obraziły. A mi babka moja, świętej pamięci, zawsze mówiła, żeby z nimi w zgodzie żyć. Ja ją pamiętam, jak na każde święto plonów szła do lasu, a ja w sieni czekałam i wyglądałam. Jak wróciła to pytałam, czy duchy są rade. Jak powiedziała, że tak, to wielkie święto zawsze w domu mieliśmy.

Benjamin zamarł. Gospodarz zza murów, którego istnienia nie mógł póki co dowieźć, również chwalił Ciernistą Puszczę w kontekście dawnych czasów. Nie wspominał jednak nic o leśnych duchach, więc kobieta albo zdziwaczała na starość, albo coś rzeczywiście było na rzeczy.