fbpx

22 czerwca 2023

Wróć do karczmy

Opowiadanie cz. 12 – Metoda naukowa

Choć komentarz kobiety pochodził raczej ze sfery przesądów i wiary w to, co nadnaturalne, Benjamin postanowił podejść do sprawy jak badacz: racjonalnie, zadając pytania i mając nadzieję na konkretne odpowiedzi. 

– Cóż, na duchach się nie znam, ale słyszałem, że była tutaj tradycja chodzenia do lasu, teraz już niepraktykowana. Ale w jakim celu się tam wybierano? Czy pamięta pani coś z opowieści babci? – Benjamin zastanowił się. – Przykładowo, skoro to było święto plonów, to gdy mieszkańcy szli i wracali, to czy przynosili ze sobą może jakieś sadzonki lub nasiona? 

– Tak, ci co wracali to czasem coś przynieśli, jakieś zioło czy garść borówek albo malin. 

Benjamin odchrząknął nerwowo. Napis w chatce był przecież nabazgrany właśnie sokiem z malin. 

– Przepraszam, ci co wracali? To znaczy, że nie wszyscy wracali? 

– No, komuś czasem zdarzyło się zgubić drogę, bo i las duży i dróg nie ma. Choć też nie do końca, bo babka mówiła, że oni się nie gubili, a odnajdywali. Mówiła, że porywały ich leśne duchy, ale że to dobrze, że oni sami tak woleli. Ale jak kto wrócił i co przyniósł, to zawsze pięknie mu to rosło i rośnie do dziś. Ha, a ostatnio to nawet za bardzo! Sąsiadka mówiła, że na winogronie to taaakie wielkie kolce jej wylazły. 

– Kolce? Jak to? Może cierniami po prostu zaszły? 

– Skąd, sama widziałam, kolce jak kołki pomiędzy gronami. Musiała siekierą rąbać, nie ma rady. – Kobieta spojrzała na swoją dłoń, która była teraz już odpowiednio natłuszczona i zabandażowana tak, aby nie mogła za szybko pozbyć się leczniczego smarowidła. Spojrzała na doktora z niekrytym wyrzutem. – No ładnie, ale pan doktor narobił. Długo tak muszę to trzymać? 

Cooper tylko westchnął. 

Kilka pytań lekarskich później, Benjamin i Cooper pożegnali się, przestrzegając kobietę przed niepotrzebną pracą, a następnie oficjalnie zakończyli dzisiejsze wizytacje i udali się z powrotem do swojej części miasta. Chyliło się ku wieczorowi, lecz Benjaminowi nie spieszyło się dzisiaj ani do mieszkania, ani do karczmy. Zielniki i raporty były już uzupełnione, a Salina mówiła, że ma już plany i że raczej nie będą dzielili dzisiaj stolika. 

Nie, żeby mu to jakkolwiek przeszkadzało, rzecz jasna. 

– Wiesz, im dłużej o tym myślę, tym bardziej odnoszę wrażenie, że dzieje się tu coś dziwnego – stwierdził botanik. – Cytryna od ciebie była wielka jak melon, orientalne trawy rosną sobie w najlepsze w oparach karczemnego alkoholu, a tamta pacjentka mówiła o kolcach na winogronie. Ich łodygi nie mają kolców! Nawet Greasy Butcher, o, jemu w kompletnym cieniu rośnie werbena, która potrzebuje słońca. Na początku myślałem, że może jest tu jakaś niesamowicie żyzna gleba, ale to coś więcej. 

– Jesteś naukowcem. Co ci podpowiada metoda? 

– Abstrahując od duchów natury, bo w takie rzeczy nie wierzę, opowieści mają wspólny mianownik: las. Rośliny z Ciernistej Puszczy muszą być w jakiś sposób wyjątkowe. Jeśli mieszkańcy przez wiele lat przeszczepiali po kawałku tamtejszej flory na terytorium miasta, być może to stało się przyczyną takich odstępstw od normy. 

– Nie wszystkie rośliny pochodzą z lasu – zauważył Cooper. – Z tego co wiem, wiele z nich pojawiło się w Slickhaven dzięki zagranicznym handlarzom i podróżnikom z dalekich krain. 

– Racja. Może więc coś jest w wodzie albo w powietrzu? Wyobraź sobie nawóz tak mały, że byłby niewidoczny gołym okiem, ale jednak unosiłby się w powietrzu. Może wiatr nawiewa go od strony lasu do tutejszych ogródków? 

Cooper roześmiał się. 

– Gdyby tak było, bez wątpienia miałbym dużo więcej wezwań w sprawie kaszlu i chorób gardła! 

– Zagadkową kwestią pozostają osoby, które niegdyś poszły do lasu i z niego nie wyszły, ale to może lepiej zostawię strażnikom, a skupię się na rozwiązaniu tajemnicy z mojej dziedziny. – Benjamin wyciągnął z kieszeni płaszcza swój notatnik i natychmiast się w nim zatracił. – Do badań potrzebuję próbek wody, ziemi, mchu, liści, roślin… oczywiście z różnych warstw lasu, wszystko od ściółki aż po korony, idealnie zebranych o podobnej porze. To za dużo pracy jak na jedną osobę, a nawet na mnie. 

Cooper przesunął idącego na ślepo botanika, by ten nie wpadł pod zaparkowany wóz z sianem. Benjamin nawet tego nie zauważył, a po chwili zaczytania uradowany pstryknął palcami. 

– Już wiem! Zorganizuję ekspedycję naukową. Do badań będę potrzebował co najmniej pół tuzina zbierających próbki, pewnie też drugie tyle do ochrony przed dzikimi zwierzętami. 

– Ekspedycja, w Slickhaven? Będzie chyba pierwszą. 

– Tym lepiej! Wskażesz mi proszę, gdzie znajdę kogoś z tutejszego Departamentu Leśnictwa? 

– Wiesz, może to cię zaskoczy, ale miasto nie ma Departamentu Leśnictwa. 

– Och, doprawdy? – zdziwił się Benjamin. Brak tak kluczowej jednostki był sporym niedopatrzeniem. Zaskakujące, że miasto w ogóle potrafiło funkcjonować. – Dobrze, to kogo w takim razie należy pytać o pozwolenie oraz przydzielenie środków w celu przeprowadzenia badań naukowych o wysokim priorytecie? 

– Pamiętaj, to nie stolica. Tutaj najwyższym urzędnikiem jest sam Bloody Monarch, ale on… 

– Wybornie! – przerwał mu Benjamin. – Jako tutejszy wielmoża, z pewnością będzie chciał usłyszeć o potencjalnych korzyściach dla miasta i swoich poddanych. 

– Dla poddanych, nie. – Cooper wzruszył ramionami. – Dla jego tronu i panowania, prędzej.