fbpx

17 stycznia 2022

Wróć do karczmy

Opowiadanie cz. 4 – Rzeźniczy Chłód

Benjamin popchnął drzwi, jednak nie licząc krótkiego skrzypnięcia, nie towarzyszył temu żaden znaczący dźwięk. Chyba przyzwyczaił się do zakładów czy sklepów ze stolicy, gdzie właściciele często przytwierdzali nad wejściem dzwonek, który zwiastował nadejście klientów. Czasem taki dzwonek, obowiązkowo z małym młoteczkiem, był też umieszczany na biurkach, przy których oczekiwano petentów. Dzięki temu mogli stosownie oznajmić swoje przybycie.

W zakładzie Greasy Butchera polegało się na tradycyjnych rozwiązaniach.

– Dzień dobry, czy zastałem właściciela? – zawołał Benjamin, jednak nikt mu nie odpowiedział.

Po przekroczeniu progu momentalnie poczuł ciągnący od podłogi chłód. Oczywiście, taki zakład musiał mieć swoją chłodnię, pewnie piwnicę wyłożoną blokami lodu z zamarzniętych jezior czy rzek. Wzdrygnął się na myśl, że gdzieś pod jego stopami są rzędy łańcuchów i haków, z których zwisają jeszcze nie obrobione kawałki zwierząt. Rozcinanie łodyg i liści było dla niego codziennością, ale patroszenie i upuszczanie czegokolwiek innego niż soki roślinne było zdecydowanie poza jego ekspertyzą.

W głębi pomieszczenia znajdowała się solidna lada oraz tablica przedstawiająca aktualną ofertę. Kilka rodzajów mięsa, wieprzowina, wołowina, kurczak, a nawet „inne”, cokolwiek się pod tym hasłem kryło. Do tego garść popularnych dodatków i przypraw: sól, różowy pieprz czy imbir. Ceny były przystępne, rozpisane tak, aby każdy poza absolutną biedotą mógł zapewnić sobie małą ucztę. Przeczytał kwoty jeszcze raz. Nie, te ceny były nawet zbyt przystępne. Slickhaven słynęło przecież z roślin, nie z polan i wypasu zwierząt. Jak więc rzeźnik mógł sobie na to pozwolić i nie pójść z torbami?

– Podać co? – rozległ się głęboki głos.

Za ladą, wchodząc po schodach od strony piwnicy, pojawił się łysy, gładko ogolony mężczyzna, którego większą część twarzy stanowił okazały nochal. Benjamin nie chciał uciekać w stereotypy, ale facet ewidentnie miał w sobie coś z knura, a był ubrany tylko od pasa w dół oraz nosił roboczy fartuch. Był przy tym sporych rozmiarów, na oko można by w nim zmieścić ze dwóch klasycznej szerokości botaników albo trzech chuderlawych doktorów. Przypominał raczej osiłka, którego nie chciało się spotkać w ciemnej alejce.

Rzeźniczego wyglądu dopełniał równie imponujący rozmiarem tasak. Błysnął złowrogo gdy mężczyzna zbliżył się do lady, a z każdym jego krokiem Benjamin musiał walczyć, żeby samemu nie zrobić kroku w tył. Stal była splamiona brunatnymi plamkami, częściowo rozmazanymi. Bez cienia wątpliwości pochodziły od ofiar, które miały wątpliwą przyjemność spotkania z Greasy Butcherem.

– Nie, dziękuję – odpowiedział Benjamin, wyganiając z myśli wizję rzeźnika-siepacza. – Nazywam się Benjamin Corvus, z Cesarskiego Stowarzyszenia Botanicznego. Powiedziano mi, że będę mógł odebrać tutaj klucz?

– Poczeka sobie.

Gdy rzeźnik przerzucił na plecy zakrwawiony fartuch i krzątał się przy szufladach, Benjamin dostrzegł w okolicach łopatki wyraźną, choć zagojoną szramę, zupełnie jakby mężczyzna przeorał się hakiem z własnego warsztatu. Wypadki przy pracy się zdarzały.

Rzeźnik bez słowa podał mu klucz.

– Macie tutaj bardzo dobre ceny, panie Greasy Butcher – chciał zagadać Benjamin. – Nie trudno o dostawy poza sezonem?

– Kupuje czy ogląda? – odpowiedział chłodno, ucinając szansę na pogawędkę tak, jak tasakiem ucina się, cóż, kawał mięcha.

– Ach, wie pan, powiem szczerze, dopiero co przybyłem do miasta i chcę się jedynie pozbyć walizek, choć innym razem z pewnością skorzystam z oferty – odpowiedział dyplomatycznie. – Dziękuję za klucz, no i do widzenia!

Benjamin odwrócił się, jednak w drodze do wyjścia spojrzał w ciemny kąt, który wcześniej uszedł jego uwadze. Stała tam para ładnych krzeseł, stolik do kompletu, a na nim ozdobna doniczka z okrutnym botanicznym zaniedbaniem.

– Widzę, że dba pan o wystrój, to oczywiście wspaniale – powiedział, przyjmując akademicki ton. – Pozwolę sobie jednak zauważyć, że werbena potrzebuje znacznie więcej światła. Oczywiście w Slickhaven wszystko rośnie całkiem dobrze, ale jeśli przestawiłby pan stolik naprzeciwko, o, powiedzmy tam, bliżej okna, kwiaty rozkwitną bardziej. Taka mała sugestia.

Rzeźnik rzucił mu mordercze spojrzenie mówiące „albo kupisz to mięso, albo zapraszam do piwnicy na zwiedzanie haków”.

– Może ja już sobie pójdę.

Po czym pośpiesznie wyszedł.