fbpx

16 marca 2022

Wróć do karczmy

Opowiadanie cz.5 – Nowe lokum

Benjamin zostawił zakład Greasy Butchera za sobą i z kluczem w dłoni udał się pod adres z notatnika. Jego pracodawcy zostawili mu bardzo precyzyjne wskazówki odnośnie tego, za którym budynkiem ma skręcić i w którą stronę, choć nie pogardziłby dużą i bogatą w detale mapą miasta.

Jego nowy dom był dobrze usytuowany. Uliczkami na zachód z łatwością dotrze do rzeźnika, kierunek przeciwny prowadził w stronę głównego placu zaraz przy bramie miasta, a o ile dobrze się orientował, na południe była studnia i siedziba lokalnego medyka. Droga na północ, w głąb miasta, niewątpliwie prowadziła do Ostatniego Remedium, jednej z bardziej znanych tutejszych karczem, bo gdzie indziej o tej porze mogli zmierzać jego przyszli sąsiedzi. Wizyta w karczmie nie była najgłupszym pomysłem, ale ta przyjemność musiała poczekać.

Po raz pierwszy od przekroczenia bram Benjamin poczuł, że dotarł na miejsce. W końcu!

Nie spodziewał się niczego ekscytującego i niczego takiego nie uświadczył. Ot, zwykły szary dom w typowej dla miasta architekturze, parter, oraz piętro wysunięte nad ulicę i wsparte na drewnianych belkach. Nie było co owijać w bawełnę: dom był przeraźliwie nudny, a wyróżniał go jedynie kruk, który przysiadł na górnym parapecie gdy tylko Benjamin zbliżył się do drzwi. Te były nieco odrapane, choć z funkcjonalnym zamkiem, a za nimi sień i kilka izb. Wyglądało na to, że będzie w stanie tu nocować, coś ugotować oraz prowadzić swój warsztat. To już dużo. To już dom.

Ostrożnie położył walizkę na stole.

– No, moja droga, mieliśmy trochę przygód po drodze, ale w końcu jesteśmy. Slickhaven! Podoba ci się tu? O! Widzę, że Stowarzyszenie zadbało o szkło – powiedział podekscytowany, sprawdzając zawartość kilku skrzyń, które zastały go na piętrze. – Zobaczmy, stojaki, fiolki, doniczki, albumy. Nieźle, nieprawdaż?

Nikt nie odpowiedział.

– Cóż, nie są to idealne warunki jak na nasze standardy, ale będą musiały wystarczyć. Zaczynamy tu, natomiast gdzie skończymy zależy tylko i wyłącznie od nas! Pozwól, że nakreślę ci moje plany na najbliższą przyszłość.

Nikt nie zgłosił sprzeciwu.

– Krok pierwszy, trzeba coś zjeść. Żadne wielkie osiągnięcie naukowe nie było wynikiem pustego żołądka. – Sięgnął do torby po kilka suchych ciastek z podróży. – Tak przynajmniej myślę. Krok drugi, ustanawiamy tutaj pracownię. Fiolki idą… na półkę, niech będzie, to krok trzeci, a przecinaki do szuflady. Zielnik tutaj. Encyklopedia Botanica, uf, wszystkie osiem tomów, idzie tutaj. Krok czwarty…

Półki, szuflady, parapety, biurko i w zasadzie większość płaskich powierzchni użytkowych została szybko przetransformowana w warsztat botanika z prawdziwego zdarzenia. No, oczywiście brakowało tutaj szklarni, ale nie można mieć wszystkiego. Benjamin wahał się przez chwilę, co zrobić z okazałą cytryną od doktora: czy powinna trafić do kuchennej spiżarni, czy zostać pierwszym obiektem do opisania? Uznał jednak, że oględziny powinny poprzedzać badania empiryczne, a cytryna trafiła na szalkę.

– …krok dwudziesty pierwszy, ostatni: rozwiązanie zagadki roślinności Slickhaven, zyskanie sławy, cesarski grant? Ach, autobiografia, prawie zapomniałem! – roześmiał się i przeżuł ostatnie ciastko. – Ale być może za bardzo wybiegam do przodu, a powinienem skupić się na rzeczach ważnych.

Nikt mu nie przerwał ani nie wtórował. Za towarzystwo miał jedynie kruka siedzącego za oknem, jednak ptaszysko nie było adresatem wywodu Benjamina. Botanik ostrożnie wyjął z torby ostatnie zawiniątko. O ile księgi były przewiązane zwykłym rzemieniem, a zestaw przecinaków i nożyków po prostu ładnie zwinięty, tak ostatnia część jego życia i dobytku była zapakowana, zabezpieczona, owinięta watą i miękkimi zwitkami materiału.

– Ciebie natomiast, moja droga, kładę tutaj, na honorowym miejscu. – Rozłożył ją na środku biurka. – Jeśli mamy rozwiązać tę zagadkę, będziesz musiała pokazać mi rzeczy, których nie widział pewnie żaden tutejszy mężczyzna.

Kruk przysłuchujący się tym wyznaniom mógłby stwierdzić, że Benjamin przywiózł ze sobą jakąś wytworną damę do towarzystwa, jednak nic z tych rzeczy. To zadziwiające osiągnięcie inżynierów ze stolicy: wyprofilowane szkła ułożone w tubie w taki sposób, by obserwowane przez nie rzeczy wydawały się większe, coś w rodzaju lupy, jednak tam gdzie lupa powiększała obraz trzykrotnie, tam jego towarzyszka w życiu i nauce pozwalała mu widzieć rzeczy nawet dziesięć razy większymi.

Miłością Benjamina była bowiem nauka, a jego dama mikroskopem.