fbpx

20 maja 2022

Wróć do karczmy

Opowiadanie cz. 7 – Ostatnie Remedium

Pozdrowienia. Benji.

Benjamin chuchnął na swój podpis. Wydawał się obcy, zupełnie jakby list był przejawem fałszerstwa. W piśmie czy w mowie, wolał przedstawiać się pełnym imieniem i nazwiskiem, a najlepiej także piastowanym stanowiskiem, i przez chwilę zastanawiał się, czy nie dopisać brakującej tytulatury. Nie, Samuel na pewno wyśmiałby go i wypominał mu zbytni formalizm podczas każdego rodzinnego spotkania. Nie dałby mu żyć, ale cóż, taka przecież była rola starszych braci.

– Miastowy czy zamiejscowy?

Pytanie wyrwało Benjamina z zamyślenia, a dźwięki karczmy natychmiast powróciły: śmiechy, dyskusje i oczywiście orkiestra korków, butelek i kufli. Ostatnie Remedium, karczma położona po drugiej stronie rynku patrząc od bramy miasta była niewielka, ale z miejscem dla każdego entuzjasty trunków. Karczmarz, zwany lokalnie jako Innkeeper, był mężczyzną o bujnym wąsie i baryłkowatej posturze, który często wdawał się z pogawędki z bywalcami i dbał o ich zadowolenie. W aktualnym składzie gości można było dostrzec zmęczonych życiem miłośników ziołowych likierów, rozochoconych degustatorów cytrusowych nalewek z dodatkiem szałwii, oraz tradycjonalistów sięgających po jedyny słuszny ich zdaniem bursztynowy napój.

Benjamin, ze swoją miską gulaszu i karafką wody nie pasował do żadnej z tych grup, a bardziej do dziewczyny, która zatrzymała się przy jego stoliku, jednego z nielicznych przy którym były jeszcze wolne krzesła. Trzymała identyczną miskę i nadgryzioną pajdę chleba, którą pytająco wskazywała na list.

– Można się przysiąść?

– Proszę, wolne. – Benjamin podniósł się i usiadł dopiero gdy dziewczyna zajęła miejsce. – A list, cóż, zamiejscowy.

– Takie moje szczęście – odrzekła i natychmiast zajęła się gulaszem. – Salina. Dla przyjaciół Sal – przedstawiła się pomiędzy kęsami. – Nie widziałam cię tu wcześniej. Ani tu, ani w żadnej innej karczmie.

– Sal… – zaczął botanik, lecz zreflektował się. Maniery przed uprzedzeniami, ale lepiej było się mieć na baczności. Nie wierzył w swoje szczęście na tyle, żeby z miejsca spoufalać się z nieznaną mu blondynką w warkoczu. – Panno Salino, miło poznać. Benjamin Corvus, Cesarskie Stowarzyszenie Botaniczne. Tak, przybyłem stosunkowo niedawno.

– Remedium to bezpieczny wybór, wszyscy nowi tu przychodzą – stwierdziła. – Slickhaven ma sporo do zaoferowania w tej kwestii, z czystym sumieniem mogę polecić nawet z pięć. Cieknąca Łajba, o, to pierwsza tawerna, jaka powstała w mieście, ulubione miejsce marynarzy i zabieganych kupców. – Zmierzyła Benjamina wzrokiem. – Ty nie jesteś ani marynarzem, ani też nie chyba za wiele nie biegasz. Hmm. Senny Kos pod zamkiem mógłby ci się spodobać. Mają tam miłą tradycję rzucania płatków róż przed nowoprzybyłymi, żeby ich pobyt w mieście był pomyślny. Wystrój też niezły, meble z importu, elegancko zdobione…

– Dodam to do listy. Wybacz, że zapytam, ale dlaczego zainteresowałaś się moją korespondencją?

– Jestem kurierem – odpowiedziała bez większego entuzjazmu. – Zawsze znajdę miejsce na nowych zleceniodawców, choć niestety w tym przypadku nie pomogę, bo działam tylko lokalnie. Mamy tu sporo krętych i ciasnych uliczek, a nie każdemu chce się chodzić tam i z powrotem. Wielebny biskup, na przykład, starszawy już jest a listy śle przynajmniej raz w tygodniu. – Wzruszyła ramionami i wyczyściła miskę resztką chleba. – Robota jak każda inna. A ty jesteś… botanikiem, dobrze zrozumiałam?

Benjamin pokrótce opowiedział o celu swojej wizyty, nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz. Mówienie o sobie nigdy go nie nużyło, a ilość pytań od mieszkańców Slickhaven będzie dobrym wyznacznikiem tego, czy jego praktyka nabiera rozgłosu. Rozpoznawalność na dziś: zerowa, ale przynajmniej Salina wydawała się zainteresowana jego profesją.

– Czyli jesteś jedną, wielką, chodzącą encyklopedią wszystkiego co zielone? – roześmiała się. – Patrzysz na kwiatka i wszystko o nim wiesz? Dobra, panie Benjaminie. Sprawdźmy pańskie kompetencje. – Salina odchyliła się na krześle, a jej wzrok zatrzymał się na okazałych donicach wypełnionych ziemią, postawionych po obu stronach wejścia, z których wystawały długie, ostre źdźbła. – Tam, przy drzwiach. Co to za chwast?

– Kiedy ja mówię, że to tak nie działa…

– Co to za chwast! – powtórzyła Salina.

Benjamin nie miał siły protestować. Przelotnie rzucił okiem na donice.

– Wetiwera, albo chrysopogon zizanioides, jeśli wolisz. Z korzeni uzyskuje się pachnący olejek, zaś zieloną część rośliny wykorzystuje się jako paszę. Zaskakujące, że w ogóle wam to tu rośnie. To tropikalna roślina… choć widziałem też wasze cytryny. Spore. – Pstryknął palcami. – A, wetiwera to trawa, nie chwast. Tak na przyszłość.

– No, powiedzmy, że ci wierzę. – Salina wzięła łyk wody i, zbierając się do wyjścia, odstawiła kubek. – Słuchaj, jeśli szukasz przypadków przerośniętych selerów czy ogórków, serdecznie polecam wizytę za murami. Gospodarstwa pomiędzy miastem a lasem mają pełno różnych upraw. Na nas już nie robią wrażenia, ale może ciebie zainteresują.

– Brzmi jak doskonałe miejsce do rozpoczęcia moich badań! – ucieszył się Benjamin. – Czy możesz powiedzieć, gdzie dokładnie mam się udać? Kogo szukać, kogo odwiedzić?

Salina pokręciła głową.

– Nawet jeśli ci powiem, nikt cię przecież do domu nie wpuści. Natomiast dobra wiadomość jest taka, że mam jutro paczkę do doręczenia w tamtej okolicy. Ludzie mnie znają, powiem im, że chcesz się tylko pokręcić po okolicy i… szkicować liście, czy coś. Może wtedy nie poszczują cię psami.

– Niebywałe. Czy nieufność do nauki jest tutaj aż tak duża?

– Do nauki, nie. Do ludzi, którzy patrzą na chwasta i mówią o nim chrysopogon-cośtamogon, już tak.

Chrysopogon zizanioides – poprawił ją Benjamin, na co dziewczyna prychnęła z rozbawieniem. – Będę wdzięczny za każdą pomoc. Jeśli przypadki z gospodarstw będą interesujące, obiecuję, że pojawisz się w bocznym przypisie mojego raportu, gdy już go opublikuję.

– Jestem warta aż bocznego przypisu, co? Łał. Szczęściara ze mnie.

– Przepraszam, czy to sarkazm?

– Gdzieżby. – Salina przewróciła oczami. – Jutro pod główną bramą. Czekam pięć minut po pierwszych dzwonach. – Wstała, zarzuciła płaszcz z obszernym kapturem i wykonała zgrabną imitację dworskiego ukłonu. – Miło było pana poznać, panie botaniku. Mam nadzieję, że pański list trafi do adresata bez przeszkód.

– Cała przyjemność po mojej stronie.

Benjamin pożegnał dziewczynę i niespełna kwadrans później sam opuścił karczmę. Poklepał się w duchu za pomysł wizyty. Ostatnie Remedium było dobrze zaopatrzone i w rozsądnej cenie, a karczmarz chyba niczego nie rozcieńczał. Dodatkowo ta cała Salina okazała się nie być szarlatanką, jak pierwotnie założył, a wręcz mogła okazać się przydatna.

Ale to jutro, póki co miał jeszcze trochę pracy. W końcu pierwszym, co zrobił po wejściu do karczmy, było dokładne obejrzenie doniczek z wetiwerą i pobranie próbek do jego pierwszego, slickhaveńskiego zielnika.