fbpx

9 lipca 2022

Wróć do karczmy

Opowiadanie cz. 8 – Krwawy Władca

– Masz szczęście. Twoje nagłe zniknięcie byłoby dla mnie większą niedogodnością, niż słuchanie tych wymówek, ale wiedz, że moja cierpliwość też ma granice. Niekompetencja nie będzie tolerowana.

Bloody Monarch wstał z tronu. Kilka schodków u jego stóp i tak wyraźnie oddzielały go od tych wszystkich kretynów, którzy padali przed nim na kolana, ale w patrzeniu na ludzi z góry była jednak pewna perwersyjna przyjemność. To także naturalne podkreślenie jego pozycji: na szczycie stał on, pan i władca absolutny. Na dole natomiast kulił się nadworny murarz, który go zawiódł.

– Najjaśniejszy panie, wybaczcie, cóżem więcej mógł zrobić? – lamentował poddany. – Mur był postawiony jak żeście kazali, a i drzewo miało miejsca dość. Jeno od lata korzenie tak mu poszły, że jaką szczelinę znalazły, między kamień weszły i mur ukruszyły. Rosną u nas rzeczy prędko, wiadome to, ale…

– Milczeć! – huknął władca, a pogłos poniósł się po całej sali tronowej. – “Prędko” to ty lepiej naprawisz mur, a drzewo wytniesz, wyrwiesz korzenie i zasypiesz ziemię solą. Wytnij też inne drzewa, co zbyt blisko murów rosną, żeby się to więcej nie powtórzyło. A teraz precz z moich oczu!

Mężczyzna wzdrygnął się i zaskomlał. Niczym żałosny kundel, którego ktoś zganił za brak posłuszeństwa. Bijąc pokłony odszedł pospiesznie od tronu, a władca, uśmiechając się szyderczo, obserwował go przez całą długość czerwonego dywanu. Pierwsze kolumny, drugie, trzecie… tak, z tej odległości wciąż mógłby go ustrzelić. Sługi było tak łatwo zastąpić.

Jedna perwersja na dzień, pomyślał i pozwolił murarzowi opuścić salę. Krwawiący wieśniak nie poprawiłby mu dziś humoru. Może więc zamiast tego jakiś trunek? Wrócił na tron, chwycił pozłacany kielich i upił łyk, po czym chlusnął resztą na schodki. Ech. Nawet wino nie smakowało jak należy.

Wino nie mogło ukoić żalu po stracie ukochanej osoby, a zasychające plamy jak na złość nie chciały się ułożyć w żadną wróżbę, która przybliżyłaby go do mordercy. Może dzisiaj był po prostu taki marny dzień? Spróbuje jutro. W końcu ją pomści, choćby miał rozlać całe wino Slickhaven, i nie tylko wino, jeśli zajdzie taka potrzeba. Szkarłatne krople dość regularnie zraszały zamkowe posadzki i w wielu miejscach tworzyły już zawiłe wzory, w których władca zwykł szukać odpowiedzi na nurtujące go pytania.

Czasem tym miejscem była podłoga sali tronowej, a czasem komnaty pełne kajdan i ostrych narzędzi.

– Błazen. Dawać mi tu błazna – zażądał. Krew i wino były doskonałym lekarstwem na nieudolność poddanych, ale żeby prawdziwie zająć czymś myśli należało zwrócić się do jedynego człowieka na zamku, który faktycznie trudnił się udawaniem idioty. Doświadczenie pokazało, że jego słowo było warte więcej, niż słowa tych wszystkich dworzan, którzy mienili się za światłych. – Gdzie jest Royal Jester!

Nie minęła nawet minuta, a żółto-fioletowa pstrokacizna wparowała do sali i tanecznym krokiem zjawiła się przed księciem. Piruet, zwód, wreszcie wykrok zakończony szpagatem. Błazen zdjął czapkę o czterech rogach, której dzwoneczki wesoło zabrzęczały podczas ukłonu, udał, że wyciera nią schody, po czym w sprężystym wyskoku wstał i wyprostował się. Jak na nadwornego cyrkowca przystało, był przesadnie teatralny w swoich gestach i ruchach.

– Panie dobry, panie miły, skądże ta zrzędnięta mina? – wyrecytował. – Po co zmartwień mieć bez miary, skoro tutaj bezmiar wina?

– Obawiam się, Jesterze, że na świecie nie ma dość wina, żebym mógł utopić w nim wszystkie swoje smutki i żale – odpowiedział władca. – Nie sil się jednak na anegdoty, dzisiaj ich nie potrzebuję. Wezwałem cię tutaj, bo życzę sobie wysłuchać twojego komentarza odnośnie aktualnych spraw nurtujących miasto.

– W sprawach wszelkich chętnie mówię, chętnie też nadstawiam ucha. – Błazen wyciągnął z kieszeni skrawek kolorowego papieru, zwinął go w stożek i zatknął na boku kapelusza. – Przyjmij całą mą uwagę, panie! Jestem tu i słucham.

– Jak wiesz, Slickhaven jest położone na skraju Ciernistej Puszczy – zaczął władca. – Podczas gdy my wierzymy w postęp handlu, rozwój gildii i budowanie mocnych fundamentów, w lesie mieszkają czciciele natury, którzy… cóż, parają się właśnie tym. My budujemy przyszłość dla miasta i jego mieszkańców, a te dzikusy kłaniają się starym drzewom i pielęgnują krzaki, jakby były ich pierworodnymi. Ponoć też spółkują ze zwierzętami. Oczywiście czasem zdarzało im się wyjść do ludzi i przehandlować towary z głębi lasu na narzędzia i inne potrzebne im rzeczy. My swoje, oni swoje, tak było przez lata, jednak ostatnimi czasy coś się zmieniło.

Błazen zamarł i zasłonił usta w bezbłędnej reprodukcji szoku i niedowierzania, a władca ciągnął dalej.

– Będzie już z pół roku, ale nikt na handel nie wyszedł. Łowczy donoszą, że wielki wilk, który jesienią zwykle nękał gospodarstwa, też się nie pojawił. Żarł on był bydło przed zimą, ale od miesiąca nikt go nie wiedział.

– Dzikus milczy, bestia też – odpowiedział błazen. – Czy dzikusa zjadł ten zwierz?

– Myślałem o tym, ale przecież tyle lat nic podobnego nie miało miejsca, nie licząc żony rzeźnika – odrzekł władca. – Widzisz więc, że w lesie nie dzieje się nic. Dzieje się natomiast w mieście, aż nadto. Był tu nadworny kamieniarz, bo jakieś drzewo zapuściło korzenie tak, że nadkruszyło mur ogrodu. Dwa tygodnie temu doniesiono mi o kobiecie, która zaplątała się w bluszcz i prawie udusiła, choć uparcie twierdzi, że się nie potknęła. Ktoś inny podtruł się grzybami, bo między prawdziwkami urosło coś podobnego, ale niejadalnego. Raz, niedawno, krzak przy stajniach zazielenił się tak bardzo, że ogrodnik musiał siekierą ciąć, żeby konie wypuścić. – Władca uderzył pięścią w oparcie tronu. – Dlaczego więc to, co powinno się dziać w lesie, dzieje się w moim mieście?

– Rzecz to rzeczywiście dziwna, leśna aura w mieście wita – zgodził się błazen. – Może coś zrobiłeś w lesie, który teraz chce być kwita?

Władca prychnął. – Jeśli masz na myśli letnią wycinkę drzew, to nie mam sobie nic do zarzucenia. Mam płakać z tego powodu? Wstydzić się? Przepraszać dzikusów i ich duchy lasu? Potrzebowaliśmy drewna, miasto się rozrasta, porty pracują, domostwa same nie urosną. Nie mogliśmy czekać, szczególnie gdy mamy na własność taki zasób u naszych bram, jak Ciernista Puszcza.

– Logika twa panie, była, będzie, jest bez skazy. – Błazen wspiął się na podwyższenie i chwycił płaszcz monarchy. – Gdybym odciął frędzel szaty, nie czułbyś do mnie urazy?

– Do rzeczy! Chcesz mi powiedzieć, że las się buntuje, bo ściąłem kilka drzew poza sezonem?

– Znać się, na roślinach, nie znam, wiem jedynie, że las szumieć musi. Gdy zaś w ciszy pozostaje, a mur pęka, ktoś się dusi, znak to jest, że coś się zbliża. Wszak przed każdą burzą… bywa cisza.

Błazen w podskokach zszedł z podwyższenia, skłonił się, a władca zmarszczył brwi. Zaczynał żałować, że wcześniej wzgardził winem.