fbpx

29 października 2022

Wróć do karczmy

Opowiadanie cz. 9 – Wsi spokojna

Punktualność była cechą każdego dżentelmena. Benjamin, chcąc za takiego uchodzić, udał się na poranne spotkanie z Saliną odpowiednio wcześnie. Niedużo, jedyne dwadzieścia minut przed czasem, wystarczająco, aby zaczął ziewać z nudów w atmosferze wciąż jeszcze budzącego się miasta. Przy bramie nie uświadczył tłumów, ani nawet obdartusa, który nękał go ostatnio. Cóż, żadna strata.

Gdy kościelne dzwony wybiły godzinę spotkania, Benjamin i Salina udali się poza miejskie mury.

– Strażnicy są dzisiaj wyjątkowo akuratni – stwierdził po wywiadzie, którego wyjątkowo nie planował udzielać. – Już myślałem, że mnie nie puszczą.

– Przecież cesarscy botanicy lubią o sobie opowiadać – odpowiedziała z krzywym uśmieszkiem Salina.

– Lubimy, owszem, ale na wieczorkach akademickich i przy dobrym winie, a nie przy wyrywkowych kontrolach, które prowadzą florystyczni analfabeci z halabardami. Dobrze, że wziąłem tylko kieszonkowy przecinak, a nie cały komplet. Wtedy to dopiero bym się tłumaczył. – Benjamin zarzucił torbę na ramię. – Ciebie tak po prostu przepuścili?

Salina wzruszyła ramionami.

– Widać bardziej rzucasz się w o-oooczy – ziewnęła w pół słowa. – No i zaraziłeś mnie, dzięki. A w stolicy nie macie kontroli na bramach? Puszczają wszystkich, jak leci?

– Też sprawdzają. Różnica jest taka, że zamiast spowiadać się przed każdym napotkanym strażnikiem, spowiadasz się raz przed urzędnikami, którzy wystawiają pismo, które kieruje cię do odpowiedniego oddziału, gdzie odbierasz inne pismo poświadczające, że jesteś obywatelem cesarstwa i nie musisz podlegać każdorazowej kontroli. Prosta sprawa.

– Brzmi bardzo… światowo, tak myślę? – odrzekła pytająco. – Nie miałam pojęcia. Urodziłam się tu i wychowałam, a moimi jedynymi spotkaniami z wielkim światem było oglądanie towarów u zagranicznych kupców. Czasem trafiło się coś egzotycznego, wiesz, stroje, błyskotki, ale generalnie kupowaliśmy sadzonki i nasiona. Gdy kupcy wracali po paru miesiącach, my mieliśmy gotowe plony na odsprzedaż. To znaczy głównie mama. Ja nigdy nie byłam dobra w rośliny.

– O? – zainteresował się Benjamin. – A ona jest, jak to określasz, dobra w rośliny?

Salina uśmiechnęła się smutno.

– Była, tak.

– Och. Przepraszam.

– Nic się nie stało. Stare dzieje. – Machnęła ręką i zatrzymała się. – Tutaj cię zostawię. Mój adresat mieszka trochę dalej, ale wiesz jak to mówią: ni śnieg, ni deszcz, ni humorek Bloody Monarcha i kontrole na bramie, nie powstrzymają kuriera przed dostarczeniem przesyłki! – powiedziała, dumnie się prostując. – Tobie natomiast serdecznie polecam spacer po wiosce. Idź tą drogą prosto pomiędzy chatkami, będzie skręcałą w prawo, następnie obejdź jeziorko z lewej strony, a potem odbijasz w prawo i będziesz na miejscu, w gospodarstwie Radomiła. To miły gość, ma u siebie dużo różnych owoców i warzyw. Miałam coś dla niego ostatnio, więc w razie czego możesz powołać się na mnie.

– Jestem zobowiązany. Miłego doręczania!

Salina pomachała mu na do widzenia, a on udał się w wyznaczonym kierunku.

Przechadzając się wzdłuż chatek, z których żadne dwie nie były identyczne, dało się docenić urok slickhaveńskiej wsi. Z jednej strony ciche i spokojne życie, niezmącone zgiełkiem miasta, z drugiej zaś do cywilizacji nigdy nie było daleko. Było to coś pomiędzy mieszkaniem w stolicy, a powrotem do rodzinnych stron, tylko że w mniejszej, bardziej skoncentrowanej skali. Brakowało jedynie udanej pogody, która zastąpiłaby jesienny chłód i nieprzyjemny wiatr, który wzmagał się w miarę spaceru.

Nogi zaprowadziły Benjamina na skrzyżowanie ścieżek, gdzie na skraju pola pszenicy straszył strach na wróble. Ot, ponura kukła wypchana sianem, ubrany w wyświechtane szmaty, dzień i noc stojący na posterunku. Kapelusz był jednak wymoszczony gałązkami, piórami i innym materiałem, i choć lokatorów aktualnie nie było w domu, nie było wątpliwości że często tam bywali.

Próbował przypomnieć sobie wskazówki Saliny. Szedł prosto, za chatkami skręcił w prawo, obszedł jeziorko, a potem miał odbić w…

Wiatr zawył, a strach przechylił się na stronę. Był nad wyraz uprzejmy jak na kukłę.

– W lewo. Dzięki. – Benjamin skinął mu głową.

Gdy oddalił się dostatecznie daleko, strach poruszył się niespokojnie.

Chatka, do której prowadziła ścieżka składała się z jednej izby pod strzechą, o którą opierała się potężna brzoza. Miała pomalowane na niebiesko ściany, lekko odrapane, pod którymi stały koszyki i wiadra z deszczówką, oraz warzywny ogródek rozmaitości ciągnący się dalej za budynek. Podwórko zdobiła rabatka z fioletowymi kosaćcami, lub jak kto woli irysami, które naturalnie nie powinny wyglądać tak dobrze pięć miesięcy po ich zwyczajowym czasie rozkwitu.

– Dzień dobry! Szukam pana Radomiła – zawołał Benjamin. – Jestem znajomym panny Saliny od poczty. Blond włosy, nie bardzo wysoka, kojarzy pan?

Ze środka odezwał się uprzejmy głos starszego mężczyzny.

– Halo? Czy to ty, wnuczku?

Benjamin uśmiechnął się w duchu. Jeśli staruszkowie ze Slickhaven okażą się tak mili i gościnni, jak jego dziadkowie, nie musiał się niczego obawiać. Ani mieszkańców wsi, ani marnej pogody, a już na pewno nie jakiegoś stracha na wróble, który stał teraz w połowie drogi do gospodarstwa.

Stał… i przypatrywał się Benjaminowi.